Wybornie – Adam i Tomek w Półmaratonie Świętokrzyskim

Relacjonuje Adam…
Na początku sezonu, poszukując ciekawych imprez biegowych natknąłem się na Półmaraton Świętokrzyski. Zawody wzbudziły moje zainteresowanie z uwagi na stosunkowo niewielką odległość od Łodzi (niedaleko Kielc) i miały charakter bardzo kameralny (liczna uczestników w ostatnich latach oscylowała w granicach 170-230 osób). Osobiście nie przepadam za dużymi imprezami, gdzie zawodnicy depczą się wzajemnie, a kierowcy stojąc w korkach przeklinają organizatorów.Niskie wpisowe, wynoszące 10zł (!) świadczyło o tym, że nie jest to przedsięwzięcie komercyjne, jak wiele z wcześniej wymienionych, a organizator jest pasjonatem- zawody te odbywają się od 23lat.

01 02
W przedwyborczą sobotę 23.05 udaliśmy się więc w malownicze w Góry Świętokrzyskie…

Równie ważny jak zawody był aspekt krajoznawczy wyprawy. Ponieważ zawody zaczynały się o godzinie 15.00, wyjechaliśmy odpowiednio wcześniej, by móc zwiedzić zamek w niedalekich Chęcinach.Biuro imprezy mieściło się w miejscowości Małogoszcz. Odbieramy, więc numery startowe, kilka łyków ciepłej herbaty, przebieramy się i… do autobusu by dojechać na miejsce startu.Bieg rozpoczynał się w Krasocinie. W autobusie najpierw wesołe rozmowy, z czasem robiło się coraz ciszej. Wynikało to poniekąd z rosnącej koncentracji, niektórzy jednak markotnieli widząc trasę zawodów.Czekała nas, bowiem duża ilość pagórków, w tym dwa dłuuugie podbiegi. Publiczność na trasie dopisała. Okazała się też wyrobiona sportowo (XXIII edycja zrobiła swoje).

Pomagała dopingiem, organizowała  punkty z wodą, częstowała czekoladą.

Meta ulokowana została w małogoskim rynku. Widać było, ze stopień trudności trasy odciskał piętno na twarzach finiszujących, miał też duży wpływ na osiągane czasy. Tak, nie są to zawody na życiówkę.Wojskowa grochówka stawiała jednak na nogi. Humory dopisywały wszystkim – zarówno uczestnikom, jak i organizatorowi (na zdjęciu w dresie)Na pewno był to miły, udany biegowy dzień.

 Z perspektywy Tomka…
Gdy zadzwonił Adam z propozycją startu w Półmaratonie Świętokrzyskim, miałem ogromne wątpliwości, czy to dobry pomysł. W tym samym czasie kilkunastu naszych klubowiczów startowało w Biegu ulicą Piotrkowską, więc okazja do spotkania z przyjaciółmi wymarzona.Jednak jedziemy, i gdy za oknem krajobraz zmienia się na pofałdowany, nie mam już wątpliwości, to będzie fajne biegowe popołudnie.

Luźny plan na zawody jest prosty, biec w tempie ok.5.00 min/km, przez co najmniej połowę dystansu, a jeśli będą siły, to troszkę przyspieszyć. Naszym głównym celem jest po prostu zaliczyć metę – ruszamy więc spokojnie z końca stawki. Początkowo zwarta grupa bardzo szybko się rozciąga i by utrzymać się w niej biegniemy w tempie ok. 4.45- 4.50. trochę za szybko, ale kalkuluję, że przy wietrze wiejącym w twarz lepiej schować się w grupie. Adam nie ma zegarka, więc go okłamuję, że jest OK i że trzymamy tempo „trochę poniżej pięciu”. Na trzecim kilometrze zaczyna się pierwszy podbieg i grupa, w której biegniemy stale topnieje, włącza mi się tryb rywalizacji i zaczynam się ścigać. Na piątym kilometrze punkt z wodą, po którym widzę (jak się później okaże miejscowego) zawodnika, który wyraźnie przyspiesza, podłączam się więc do tego „pociągu”. Wiatr wieje w twarz, a ja skupiam się tylko na jego plecach próbując utrzymać narzucone przez kolegę tempo.

Od Warszawskiego Orlen Maratonu praktycznie nie trenuję (od czterech tygodni), zaliczając jedynie kilka treningów i oczywiście w głowie już pojawia się myśl, że za ostro ruszyłem i źle to się skończy. Odrzucam ją, bo we krwi krąży już adrenalina i nie czas na takie refleksje. To dopiero siódmy kilometr a ja już mam solidną zadyszkę, jednak najlepsze dopiero przed nami i choć to jeszcze czterysta metrów już go widzę. Stromy ciągnący się przez prawie 1, 5km podbieg. O fuck!!! Będzie się działo. Michał cały czas napiera, a ja i jeszcze jeden zawodnik próbujemy dotrzymać mu kroku. Wiatr cały czas wieje w twarz, więc nie wychylam się nawet na minimetr poza obrys pleców Michała. Docieramy do szczytu gdzie zaczynamy zbiegać, chwila odpoczynku, wyregulowania oddechu, nogi pracują równo i lekko i już wiem, że będzie ok. Doganiamy i wyprzedzamy kolejnych biegaczy. Następna część trasy przebiega wzdłuż zabudowań i to, co widzę przechodzi moje najśmielsze oczekiwania. Wielopokoleniowe rodziny stoją przed swoimi domami, klaszczą dopingują, pozdrawiają, uśmiechnięci i życzliwi. Ktoś wciska mi w rękę całą czekoladę. Biegnę w grupie czterech osób i jak oni biję brawa miejscowym dziękując za doping. Co jakiś czas odbiegam w bok by przebić piątki z najmłodszymi kibicami, sprawiając im tym ogromną radość. Przez cały czas staram się utrzymać w równe mocne tempo by biegnący za nami nie zdołali nas dogonić przed ostatnim podbiegiem. W tym czasie nasza grupa przemieniła się w duet, bo zdążyliśmy już zgubić dwóch kolegów, którzy nie wytrzymali tempa. Na siedemnastym kilometrze zaczyna się podbieg ciągnący się aż do rynku, na którym ustawiona jest meta.   Krzyczę do mojego towarzysza podróży, że zamierzam przyspieszyć i jeśli chce niech „łapię się” moich pleców. Widzę, że jest trochę zdziwiony propozycją przyspieszenia skoro trasa wiedzie pod górę, ale, na co czekać, gdy meta jest tak blisko? Przyspieszam i do samej mety już tylko wyprzedzam kolejnych zawodników, co oczywiście jeszcze bardziej mnie nakręca. Jeszcze runda wokół rynku i meta gdzie stoi organizator zawodów i osobiście dziękuje każdemu ściskając mu dłoń. Wbiegam na „kreskę” z czasem poniżej godziny czterdziestu minut, czego absolutnie przy tym profilu trasy się nie spodziewałem. Na mecie czeka już Magda Fiszer (drugie miejsce open!! Brawo Magda).

Kilka uwag o trasie i już wypatrujemy Wojtka i Adama. Wbiegają kolejni zawodnicy przebijam piątki z chłopakami, z którymi jeszcze niedawno rywalizowałem na trasie.

Wracamy z Adamem do domu, wymieniamy uwagi i w jednym jesteśmy zgodni. Gościnność i życzliwość miejscowych ludzi niebywała i raczej nieosiągalna przy biegach masowych w dużych miastach. Mniejsza o czasy i miejsca, które uzyskaliśmy, zdrowa sportowa rywalizacja, malownicza okolica i ten doping na niemalże całej trasie, powoduje, że chcemy tu jeszcze wrócić. Wrócimy tu na pewno, jestem o tym przekonany.

 

Lubimy te kameralne biegi z dala od wielkomiejskiego szumu.

One Reply to “Wybornie – Adam i Tomek w Półmaratonie Świętokrzyskim”

Dodaj komentarz