W poszukiwaniu złotego pociągu.

4. Wodociągi Półmaraton Górski Jedlina-Zdrój
O imprezie dowiedziałem się z ulotki jaką dostałem przy okazji Zimowego Półmaratonu Gór Stołowych. Od razu zakiełkowała myśl, że muszę wziąć w nim udział. Oczarował mnie konkretnie tunel na trasie biegu. Uwielbiam tamte rejony i wyobrażałem sobie ten bieg długo przed imprezą. Dlatego nie mogłem odpuścić mimo, że z Łodzi do Jedliny jest ponad 300km. Jedynym powodem z którego bym tam nie pojechał, to gdyby mnie nie wylosowali. Tak to nie pomyłka… Mało znany bieg, trasa o dziwnej długości (ok 24km), a tu losowanie.
Mi się udało, Marek (namówiłem go wcześniej) nie miał niestety szczęścia.
W niedzielny poranek pobudka o 5 rano. Szybka kawa, bułka z bananem i długa. Jakieś 3h jazdy i jestem na miejscu. Mam chwilę więc rozglądam się po okolicy i idę odebrać pakiet startowy. Niby nic specjalnego: izotonik, talon na obiad, breloczek. Ale ale, do zestawu dostaję… sadzonkę jodły. Aż mnie zamurowało. Nigdy się z czymś podobnym nie spotkałem. Bardzo nietypowa i miła niespodzianka. Drzewko ma już nowy dom 🙂 Przebrałem się, rozgrzałem i z tłumem ruszyłem na linię startu. Tak na marginesie dodam, że postanowiłem zabrać kamerkę i nagrać co nieco po drodze. Co z tego wyjdzie okaże się już wkrótce. Odliczamy, wystrzelił starter i zaczęło się. Wcześniejsze rozeznanie i profil trasy kazał oszczędzać siły na dalsze etapy i biec spokojnie przez pierwsze sześć kilometrów. Okazało się to zupełnie zbędne. Spokojnie można było zacząć szybciej i mieć parę minut w zapasie, mimo że było gorąco i bałem się że będzie jeszcze goręcej. Na 4km trochę przyspieszyłem, do pierwszego podbiegu. Kolejne kilka kilometrów już pod górkę, ale najlepsze dopiero przede mną. Prawdziwe podejście dopiero miało się zacząć. Od dziesiątego, kolejne dwa kilometry to konkretna męczarnia. Żeby można było chociaż powiedzieć że szedłem. No nie da się. Ale że miałem wielu kompanów niedoli, źle nie było. Pocieszał mnie brak słońca. Nawet gdzieś mimochodem usłyszałem, że rok wcześniej była tu niezła parówa i to była dopiero jazda.
Jak tylko stromizna się skończyła mogłem przejść do ataku. Nie po to oszczędzałem siły, żeby teraz nie dać ognia. Zacząłem zbieg spokojnie, powoli przyspieszając. W ten sposób na zbiegu wyprzedziłem nie wiem, może ze 30 osób, może więcej? Sama prawda, że w górach mocno liczą się zbiegi. To mój drugi raz w górach, a pierwszy w którym dało się biec więc odrabiałem wyczytaną teorię. Doświadczenie dopiero zbieram. W każdym razie przed kolejnym podbiegiem niebo się rozpłakało. Nie wiem czy to nad moim startem, czy tak po prostu. W panice chowałem kamerkę do plecaka żeby za bardzo nie zamokła. Kiedy mi się to w końcu udało, usłyszałem krzyki dochodzące ze szczytu. Cholerka, sprzęt w plecaku a na górze w ruinach zamku, słychać okrzyki zagrzewające do walki. Leje deszcz, patrzę przed siebie, a tam rycerze waląc mieczami o tarcze wrzeszczą by nie odpuszczać i przejść do ataku! To było nierealne, jak scena z jakiegoś filmu. Długo jeszcze echo niosło ich doping.Znów zbieg. Tym razem trzeba było bardzo uważać. Deszcz zrobił swoje i natychmiast ścieżki leśne zamieniły się w błoto.
Kilka razy nogi uciekały na boki. Szczęście, że nowy nabytek w postaci chwalonych Salomon Sens Pro dawał radę w tych warunkach. Dobiegam do punktu odżywczego, nie
pamiętam już czy przed czy też zaraz za, stała ustawiona kurtyna wodna. Tym razem była zbędna. Wychodzę z zakrętu i widzę że zbliżam się do celu samego w sobie. Tunel. Nareszcie. Po to tu przecież przyjechałem. Tunel pod Małym Wołowcem ma 1560 metrów długości i jest nieczynny od lat 90tych. Sięgam do plecaka po czołówkę. Pożyczyłem przed samym wyjazdem od Kamila. Mówił: zobaczysz, super sprzęt, można biegać po nocy ze hoho. Wszystko się zgadzało, zapomniał tylko powiedzieć że podobne montują w ciężkim sprzęcie budowlanym:). Jak włączyłem ją w tunelu, to śmiało ktoś po drugiej stronie mógł myśleć, że znów tędy puścili pociągi. Ci za mną mogli swoich nawet nie włączać . Bez światła mógłbym łatwo połamać nogi. Co prawda w pierwszych metrach i tak było to możliwe, bo wnętrze było tak zaparowane, że widać było tylko białą ścianę. Po kilkuset metrach wszystko wróciło do normy. Mimo ciemności i wilgoci byłem przeszczęśliwy że mogłem tamtędy przebiec. Po drugiej stronie deszcz nadal lał. Można powiedzieć, że powoli zbliżał się finisz. Tunel się skończył, błoto pozostało. Towarzyszyło już w zasadzie do końca biegu. Znów trasa prowadzi przez pola, więc można było podziwiać widoki. Pamiętając oczywiście by nie fiknąć w błocie. Czym bliżej jednak do mety tym bardziej słyszę za sobą, że ktoś mnie zdecydowanie próbuje dogonić. Więc by mu nie dać satysfakcji, choć zmęczenie już dawało się we znaki przyspieszyłem do ok 4:40/min. Nie wiem skąd wziąłem siłę. Widzę w niektórych fragmentach, że forma skoczyła w porównaniu do ubiegłego sezonu. Ale nie spodziewałem się, że zejdę do tego poziomu po 23km, jakby nie patrzeć niełatwego biegu. Końcówka była mocna, z oddechem rywala na plecach, więc nie było opcji by wyciągnąć sprzęcior i sfilmować finisz na mecie. A szkoda, mogło to fajnie wyglądać 🙂 Dobiegłem z czasem 2:25:52 zajmując 180 miejsce open na jakieś 550 startujących. Jak na górskie początki całkiem nieźle.
Wracałem z Jedliny zadowolony z siebie. Myślę że nie pobiegłem na 100% możliwości, oszczędzałem się na początku i na podbiegach. Ale też może dzięki temu czerpałem ogromną radość z biegu i pięknego otoczenia.
Trzeba przyznać, że mimo pewnych wad (np. losowanie??) chętnie bym tutaj wrócił za rok. Żeby chociaż przejechać się pociągiem z Wałbrzycha do Jedliny, który jedzie drugim – równoległym tunelem (póki jeszcze można). Półmaraton wyróżnia się na tle innych biegów: pakietem startowym, medalem, samą trasą.
Zdecydowanie będę go długo i pozytywnie wspominał. A z Dolnym Śląskiem chyba się jeszcze zobaczymy w tym sezonie na letnim Maraton Gór Stołowych i w październiku na Silver RUN 12/21/42 km !

Dodaj komentarz