Intensywny weekend piórem (i klawiaturą) Sebastiana

W sobotę 15.Bieg Ulicą Piotrkowską Rossmann Run – 10 km (atest PZLA)
Miałem się tu sprawdzić. Czułem moc na treningach, ostatnia życiówka 44:44 była do pobicia. Oczywiście kiedy podchodzę do biegu z założeniami zazwyczaj nic z tego nie wychodzi. Tak było i tym razem. Ale po kolei…
Tego pięknego dnia znów mogłem liczyć na doping żony, jak również Reni z Tomkiem i jej mamy. Przed biegiem miałem jeszcze zobaczyć bolid Bartka, ale ostatecznie nic z tego nie wyszło, bo po drodze spotkałem tylu znajomych, że nie było już takiej możliwości. Przy strefie spotykam Pawła, potem Krzyśka. Pojawił się też Marek. Za chwilę wyłapuję w tłumie Mariusza i Kamila. Kamil namawia mnie żeby startować z 2 strefy bo przecież 3 biegnie na 45 minut… Już wtedy wiedziałem, że dla mnie ten bieg to będzie walka, ale jeszcze nie że o ten właśnie czas. Nie lubię gorąca, a mimo godziny 19 było ciepło. Za ciepło. Ustawiamy się z Markiem na pograniczu strefy 2 i 3. Nie mija chwila i słychać sygnał do startu. Ruszamy. Chcę początek przebiec spokojnie. Mimo tłoku przeciskam się do przodu, oglądam się za Markiem. Chwilę biegniemy razem, ale za chwilę gdzieś się rozdzielamy. Mimo tłoku czas jest całkiem dobry, powoli przebijam się do przodu. Założeń trzymałem się do 6 km. Na punkcie choć przy 10 km zwykle tego nie robię zwalniam i biorę w sumie ze 3 kubki wody, trochę do picia, trochę wylewam na głowę bo odczuwam skutki temperatury. Niestety wiedziałem już że za chwilę rozegra się walka o przetrwanie. 7 i 8 kilometr to jeden długi, psychicznie wykańczający podbieg. Klnąłem w duchu i biegłem ile zostało mi sił. To były najdłuższe dwa kilometry od niepamiętnych czasów. Straciłem na każdym po 30 sekund. Na szczęście w połowie 9 km podbieg się skończył. Tam też gdzieś zobaczył mnie Pan Jagoda, krzyczy coś do mnie żebym przyspieszył na co ja pokiwałem przecząco głową. Coś mi odkrzyknął, ale już byłem myślami gdzie indziej. Mimo wyczerpania, gdzieś znalazłem zapas energii i zastosowałem się do polecenia Jagody. Jak?
Nie wiem. Ale zadziałało bo biegłem coraz szybciej. Ostatni dziesiąty kilometr był najszybszym w całym biegu. Ostatecznie dobiegłem 3 sekundy szybciej niż ostatnio. Mieszane uczucia, bo liczyłem na więcej. Ale miałem zamiar odkuć się następnego dnia… Łącznie z naszego klubu Łódź Running Team wystartowało 22 osoby. Padały fantastyczne życiówki, były debiuty nowych klubowiczów 🙂 Zdecydowanie Bieg ulicą Piotrkowską należy do biegowego święta Łodzi. Oby więcej takich biegów z taką fantastyczną atmosferą i frekwencją!

II Bieg Św. Rodziny- Biegniemy dla Olka
Zapisałem się od razu jak tylko dowiedziałem się o biegu charytatywnym dla 3-letniego Olka Sitarza, podopiecznego Łódzkiego Hospicjum dla Dzieci. Od urodzenia cierpi na rdzeniowy zanik mięśni typu I (SMA-I). Olek zakwalifikowany został do leczenia nowym testowym lekiem we Francji, ale rodzice muszą samodzielnie opłacać wyjazdy i pobyt. Trzeba było pomóc małemu wojownikowi.
Miałem tylko mały kłopot. Byłem przekonany że bieg jest rano, a okazało się że start jest zaplanowany na 17. W tym czasie mieliśmy mieć gości. No ale taki kłopot przy super wyrozumiałej żonie to nie kłopot. Załatwiłem wszystko co związane z gośćmi i ruszyłem czym prędzej na retkinię. W końcu to bieg tylko na 5km. Zdążyłem odebrac nr startowy w ostatniej chwili. Potem szybka rozgrzewka (nie tak jak dzień wcześniej) i gotowy do startu. Jeszcze w międzyczasie musiałem rozkminić jak założyć nr startowy, bo skończyły się agrafki i dostałem samą kartkę  No ale potrzeba matką wynalazku, poratowałem się dwoma smyczami do kluczyków i zrobiłem z nich „uprząż” na numer. Ustawiam się blisko linii, tata Olka podziękował wszystkim za udział i na wystrzał z pistoletu startujemy. Założenie oczywiście – pobić życiówkę. Pogoda – jeszcze gorsza niż dzień wcześniej. Może być ciekawie. Pierwszy kilometr za szybko, ale trzymam się czołówki. Z przodu widzę samochód „pilota” który gdzieś skręcił, ale inni biegną dalej prosto. Nic, biegnę za nimi. Coś tam potem słyszałem że jakiś zonk był ale nie wnikałem. Mijam jakiegoś zawodnika, przedemną kilka moze kilkanascie metrów biegnie dziewczyna. Trzymam się jej do trzeciego km. Cały czas wedle założeń, poniżej 4:10. Czuję że dziewczyna zwalnia więc ją wyprzedzam. Ale… zaczyna się kilometrowy podbieg. Chciałem wcześniej poznać trasę biegu ale nie była nigdzie podana. Oczywiście zwalniam, tętno mam już sporo powyżej 190 ale czuję jej oddech na plecach więc przyspieszam na ile mogę. Przede mną biegnie zawodnik który też widzę że ma dość bo jest coraz bliżej. Wpadamy znów między bloki, to znaczy że meta tuż tuż. Daję z siebie wszystko, ale chłopak w czerwonej koszulce również nie daje za wygraną. Wpadam 3 sek za nim na metę. Wyprzedzić się nie dałem. Medale wręczały dzieci w wieku Olka, było niezmiernie miło odebrać od nich medal. Teraz już marzę jedynie o zimnej wodzie, jestem rozgrzany jak omlet na patelni. Ładuję się do WC i schładzam zimną wodą. Chwilę odpoczywam i kieruję się do auta, bo trzeba wracać do gości. Wtedy orientuję się że zaparkowałem przy prostej prowadzącej do mety. Mogłem więc spokojnie obejrzeć finisz wszystkich zawodników
Atmosfera wspaniała. Po biegu pyszny żurek, którego nie było mi dane zjeść. Owszem spróbowałem, po czym stojąc wypuściłem ucho miski z ręki i zawartość znalazła się na ziemi.
Po powrocie do domu okazało się że byłem 11 i zrobiłem nowy RŻ na 5km – 20:39 :Zmasakrowany ale szczęśliwy

Podsumowując biegi:
Rossman – mega impreza, wspaniałe bogate pakiety startowe.
Świetna trasa, mnóstwo kibiców, rzesze biegaczy. Impreza na wysokim poziomie. Wzór dla innych.
Bieg charytatywny – kameralny bieg ale za to w szlachetnym celu. Atmosfera wręcz domowa. Zupełnie inny świat, ale w pozytywnym znaczeniu. Na pewno warto brać udział.

Dodaj komentarz