Debiut maratoński, czyli… Sebastian w Amsterdamie

Postanowiłem podzielić się swoim pierwszym doświadczeniem związanym z maratonem. Będzie przydługo, ale może kogoś zainteresuje.
W pierwszej kolejności chciałem podziękować ukochanej żonie, że wytrzymała moje przygotowania, gdzie znikałem na kilka godzin (bo plan wykonać trzeba). I przede wszystkim, że była tam ze mną, co miało dla mnie ogromne znaczenie. 14753697_1175785522505396_9113695661711311102_oBez MotoIntegrator i Motointegrator Running Team w ogóle nie było by tematu, bo to dzięki nim stało się to możliwe. Wspaniała ekipa i podejście firmy do biegania zasługuje na wyjątkowe uznanie. Szczególne podzięowania dla naszych klubowiczów – Mariusza WASILEWSKIEGO, który mnie męczył na treningach i dzięki temu możliwe było zbliżenie się do granicy 4h oraz Mariusza UBYCHA (nasz klubowy fizjoterapeuta), który postawił mnie na nogi tydzień przed maratonem, kiedy myślałem, że sytuacja jest co najmniej kiepska (co ciekawe, łydki o które się bałem dały radę).
A teraz do rzeczy.
14700824_1175785575838724_8503449806683478399_oChyba nie mogłem lepiej trafić z miejscem debiutu. Amsterdam to piękne, kolorowe miasto, pełne życzliwych ludzi i kibiców (właściwie to z wyjątkiem kierowców autobusów). Organizatorzy chyba zamawiali pogodę gdzieś na górze, bo w sobotę lało i wiało, za to niedziela przywitała uczestników słońcem. Trasa przygotowana świetnie choć miejscami było zbyt wąsko jak na taką ilość biegaczy. Jak na taki dystans było płasko z wyjątkiem kilku miejsc i wiaduktu na końcowych kilometrach 14732189_1174604355956846_4170165261284547835_n🙂 Nie popisali się za to na mecie, ponieważ do wodopoju trzeba było dotrzeć za stadion, a napój można było dostać tylko jeden, co po takim wysiłku trochę mało. Generalnie odebrałem całość bardzo pozytywnie.
Założenie było takie, że zaczynam bardzo spokojnie, przyspieszam do połowy dystansu a tam w zależności od samopoczucia decyduję co dalej. Ruszyłem niesiony falą zawodników, muzyki i dopingiem z trybun. Początek prowadził ulicami do Vondelpark, trzeba było uważać gdzie się stawia krok, bo na torach i krawężnikach można było się wywrócić. To też spotkało pewną panią, którą wspólnie z innym zawodnikiem zbieraliśmy z jezdni. Po upewnieniu się że z nią wszystko w porządku pognałem dalej. Po przebiegnięciu przez park, kolejna atrakcja – przebiega się przez Rijksmuseum, gdzie można zobaczyć jak ludzie sobie zwiedzają, piją kawkę itd 🙂 Te 4km mijają w mgnieniu oka, zmęczenia zero, wszystkie parametry w normie (no może poza rozcięgnem które się odezwało, ale bez szczególnego bólu). Rozglądam się, podziwiam tłumy kibiców którzy stoją wzdłuż trasy pokrzykując, z transparentami, flagami. Cały przekrój krajów, Meksyk, Szwecja, Iran – pół świata w jednym miejscu. Co parę kilometrów zespół lub DJ zagrzewa do boju. Tak mija kolejne 10km. Na czternastym dobiegamy do rzeki Amstel, tu wiedzie najdłuższy odcinek bo 12km i to w pełnym słońcu, które już dawało o sobie znać. Mimo, że wcześniej czytałem że to najnudniejszy odcinek, wcale nudno nie było. W pewnym momencie dobiega do mnie gość, który biegnie w garniturze, pod krawatem i iPadem w ręku. Biegnę więc za nim i pytam dlaczego biegnie w garniaku, a on na to że ten strój uratował mu kiedyś życie (chyba mówił w przenośni ?) i w ten sposób „odwdzięcza” się losowi. Chciałem z nim jeszcze pogadać, ale zobaczył plakat przy trasie z napisem „Biegnij tak szybko jakby Donald Trump chciał Cię złapać za ci..ę” 🙂 i musiał sobie zrobić zdjęcie. Wśród wspaniałych okoliczności holenderskiej przyrody minąłem półmetek z czasem poniżej 2h, więc myślę sobie – jest dobrze. Łąki, pola, krowy i zapach naturalnego nawozu. Tak wyglądała kolejna dyszka (poszła w czasie ok 5:30/km), a potem zaczęły się kłopoty…
Po 31km zaczęła boleć głowa przyśrodkowa mięśnia czworogłowego (to nad kolanem). Najpierw lewej nogi, kilkaset metrów dalej prawej.
Myślę, zwolnię wybadam, może zaraz przejdzie. Niestety nic bardziej mylnego. To był dopiero sygnał co dalej nastąpi. Kilometr dalej skurcz przeszył mi lewe udo, a dosłownie chwilę później prawe. Wycedziłem tylko siet siet łoda fak i musiałem przystanąć. Pocieram łydki jak lampę alladyna, idę parę kroków – puściło. I tak co chwila. Do 37km to była udręka, skurcz, masaż, kilka bluzg i dalej. Tempo spadło na szyję, raz było trochę lepiej, tzn dałem radę przebiec km bez skurczu, potem znów masaż i do przodu.
Pewien kibic zobaczył jak się męczę i mówi do mnie „go Sebastian go, don’t give up!”. Wsparcie kibiców na końcowych kilometrach było niesamowite, ludzie wystawiali ręce bym przebił piątkę, krzyczeli że już niedaleko, uśmiechali się i zagrzewali do walki.
Nie spotkałem się z czymś takim jeszcze. To mi dodawało sił.
Najgorzej było na 41km. Skurcz nie chciał puścić, ale ja nie chciałem dopuścić myśli że wejdę na stadion a nie wbiegnę. Powtarzałem sobie wtedy „to nie Twoje nogi – to nie Twoje nogi” i wiecie co?
ZADZIAŁAŁO. Ruszyłem najpierw powoli, potem zobaczyłem, że stadion jest tuż tuż. Ostatnie skrzyżowanie, znicz olimpijski, przyspieszyłem jeszcze bardziej, balon META 500m. Ostatnie pół kilometra biegłem z czasem w okolicach 5min/km.
Czy bolało? Nie wiem – nie pamiętam, niosła mnie adrenalina, podniecenie, magia „Olympisch Stadion” z 1928r i świadomość że meta jest tuż za rogiem. Padłem na mecie obolały, wymęczony ale szczęśliwy. Nie mogłem prawej nogi ani wyprostować, ani zgiąć bardziej. Została w takiej pozycji jak się zatrzymałem. Minęło dobre 10 minut zanim mogłem ruszyć się z miejsca. Ale jedno jest pewne – było warto.
Długo nie wiedziałem dokładnie jaki miałem czas, a kiedy się okazało że 4:03:35 byłem wniebowzięty 🙂
Mogę teraz śmiało powiedzieć, że dołączyłem do nowego klubu – maratończyków
P.S.
Dla tych, co wytrwali do końca,
jeszcze film z ostatnich metrów maratonu…

Dodaj komentarz